środa, 14 sierpnia 2013

Kierunek - Portland (Maine) na pół-pełnym, chryslerowym baku!

Pierwsza zasada camp americowego dnia wolnego brzmi - NIE SPAĆ, ZWIEDZAĆ!!! Choćbyście nie wiem jak bardzo niedodrzemani” byli po całym tygodniu pracy i choćby wygodna pryczka wraz z przytulną podusią kusiły niczym Boruta w łęczyckich włościach - nie popadajcie w facebookowo-skype'ową rutynę i nie spędzajcie OFFowej doby w obrębie campu!

W końcu każdy, nawet najtwardszy zawodnik musi znaleźć chwilę na zregenerowanie sił i wyrwanie się z okowów codzienności.

Tym bardziej jeśli Wasz campowy szef - jak ma to miejsce w przypadku mojego miejsca pracy - nie widzi przeszkód, abyście wypożyczyli jego auto i pognali w siną dal.

Podczas kolejnego dnia wolnego wraz ze zgrają dziewczyn postanowiłam poprosić naszego przełożonego o udostępnienie samochodu. Kiedy tenże wskazał palcem na magiczną skrzyneczkę z kluczykami do raju ryczących silników i w myśl owsiakowego róbta co chceta oznajmił, że w zasadzie nie ma znaczenia, który weźmiemy, moją twarz momentalnie nawiedził anormalnie szeroki uśmiech.

Oto, bowiem, kluczyki do nowiutkiego Chryslera spoglądały na mnie pożądliwie łechcąc pochowane w najgłębszych zakamarkach pokłady mej najbezczelniejszej próżności.

Taak, błagam, muszę zakręcić tym kółkiem! - pomyślałam w ułamku sekundy...

... a potem wykręciłam aż do samego Portland! :)

Fot. Z wrażenia zapomniałam modelu Chryslera ;)/M.Ż.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Najpierw masa, potem rzeźba ;)

Stało się! Amerykańska dieta tysiąca kalorii poskutkowała! Od przybycia na camp minęło już trochę czasu, a ja, w tym czasie, zdążyłam zaopatrzyć się w 3 dodatkowe kilogramy. Na szczęście przed przylotem do USA byłam posiadaczką sporej niedowagi, zatem pozostaje mi jeszcze jakieś 2 kilogramy w zapasie, jako wentyl bezpieczeństwa. Jeśli przekroczę ową granicę będę musiała zacząć... rzeźbić. Tak po prawdzie, już zaczęłam - na wszelki wypadek! W końcu od czego są campowe siłownie? ;)

piątek, 9 sierpnia 2013

Kultura żydowska od kuchni

Fot. Agnieszka Karczewska
Mimo tego, iż jestem już w miarę doświadczoną camp americowiczką, mogę śmiało powiedzieć, że tegoroczny pobyt w USA to dla mnie nie lada wyzwanie. Jako że Camp Yavneh, na którym znajduję się obecnie jest campem żydowskim - doświadczam wymiany kulturalnej i to do potęgi drugiej ;) Z jednej strony, bowiem, wożę się amerykańskimi muscle brykami (jeśli tylko udaje mi się capnąć kluczyki) słuchając przy tym amerykańskich list przebojów, z drugiej - każdego dnia pracy przestrzegam zasad kuchni koszernej...

Ciekawskich oraz tych, którzy lubią wiedzieć co w garze pływa - zapraszam do przeczytania tego kulinarnego posta! 

piątek, 2 sierpnia 2013

1st day off, czyli podbostońskie wariacje SOCCERowe!

fot. źródła własne
Bez wątpienia sowicie należy wynagrodzić sobie ciężki tydzień pracy. Z tego też tytułu w pierwszy dzień wolny postanowiłam uderzyć od razu z grubej rury. Zabrałam moją roommate Martę (tak w zasadzie to był jej pomysł, ale o celu wycieczki poinformuję Was za chwilę), campowy samochód zatankowany pod korek, muffinkę (która potem i tak zeschła mi pod deską rozdzielczą z powodu upału i zamieniła się w kamień) i pognałam w siną dal.

Owa dal nazywa się Bostonem!


Fot. Hit the road jack!/ M.Ż. 

wtorek, 30 lipca 2013

Camp Yavneh trailer. Scenariusz, reżyseria i KAMERdyneria - Piotr Pawlak

Dzięki uprzejmości, a przede wszystkim - talentowi reżyserskiemu mojego campowego kolegi, Piotra Pawlaka macie niepowtarzalną okazję podpatrzeć co tu się na Campie Yavneh wyprawia...

Miłego oglądania! :)


piątek, 26 lipca 2013

Sekretne miejsce z lokalersem

Jako osoba lubiąca konkrety napiszę wprost. Campy, na których znajdujecie się obecnie (albo i znajdziecie się w przyszłym roku ;) bynajmniej nie są umiejscowione na ostatnich piętrach las vegaskiej Stratosfery, nie graniczą z Białym Domem ani też nie wyrastają nagle pod stopami miłośników joggingu w nowojorskim Central Parku. 

Z pewnością krajobraz, jaki majaczy na co dzień przed Waszymi oczami (zaraz po pierwszym budziku wzywającym do pracy) to połączenie nieokiełznanej leśnej przyrody (ach te wszędobylskie chipmunki!) z głębią urokliwego pojezierza. 

Dosłownie, a zarazem dyplomatycznie rzecz ujmując - jesteście po prostu chwilowymi rezydentami mało znanego amerykańskiego za... droża ;)

Poniższe zdjęcie niech będzie dowodem na to, iż owo zadroże może okazać się nie tylko całkiem znośnym, ale i zapierającym dech w piersiach (tudzież klatce) miejscem. Wystarczy tylko dobrze rozejrzeć się dookoła albo też znaleźć wspólny język z jakimś sympatycznym lokalersem...

Fot. Stonehouse, Northwood, New Hampshire.